Casus ordynatora z Wrocławia jest wielce pouczający. Chciało mu się po dyżurze przyjść na spotkanie z ministrem zdrowia. Poczuł się w obowiązku poinformować go o sytuacji w szpitalu, a konkretnie na oddziale, który zna najlepiej. Został za to skarcony, następnie zwolniony, po czym po interwencji samej premier znów przywrócony do pracy. I na cóż ci to było Grzegorzu Dyndało? Sam Molier nie napisałby na ten temat lepszej komedii, gdyż w roli cynicznego i chciwego szlachcica musiałby obsadzić rozsądnego i odważnego ginekologa. To nie byłoby na scenie już tak zabawne. Ale w polskim szpitalu można boki zrywać, z tym że dla mnie jest to śmiech przez łzy. I chyba nie tylko ja przecieram oczy. Ze zdumienia. Czy minister zdrowia, otrzymując raport od lekarza z ostatniego rzędu sali, naprawdę ...