Podczas niedawnego jubileuszowego zjazdu Polskiego Towarzystwa Medycyny Paliatywnej w Wiśle wysłuchałem takiej oto opowieści. „Dzwoni do mnie znajoma i prosi o pomoc. Męża jej koleżanki wypisano właśnie z Centrum Onkologii w Gliwicach. Wyje z bólu. Wyszedł bez żadnego zabezpieczenia, bez głupiego ketonalu. Jest piątek po południu. Jadę do pacjenta, wypisuję dwie różowe recepty. Odbiera je syn chorego, miły chłopak, student. Jedna rzecz trochę mi się w nim nie podoba ‑ kolczyk w uchu. Apteka w centrum Pszczyny. Chłopak podaje receptę, a na niej końskie dawki leków. Do tego ten kolczyk w uchu. Farmaceutka idzie na zaplecze i naradza się z koleżankami. Biorą receptę pod lupę. A tam wszystko się zgadza – to, co ma być słownie, jest słownie i tam gdzie ma być wykrzyknik, jest wykrzykn...